Recenzja gry: "Black Mirror 3"

okładka

Zapraszamy na recenzję gry:

"Black Mirror III"

Wszystko co dobre, musi się kiedyś zakończyć. Nie inaczej sprawa ma się z serią "Black Mirror", która doczekała się swojego finału w trzeciej części. Póki co, mimo delikatnej furtki, pozostawionej przez twórców, nie ma żadnych wiarygodnych informacji o pracach nad kontynuacją. W roku 2014 w sieci pojawiły się pewne pogłoski o odkupieniu praw do serii przez Nordic Games, jednak od tego czasu słuch o niej zaginął? Niezupełnie, bowiem niedawno THQ Nordic ogłosiło nową wersję "Black Mirror" - a jednak. Linki do newsów na temat - najnowszej gry - znajdziecie tuż pod tabelką z plusami i minusami. Pozostaje nam ograć niezłą część pierwszą, bardzo dobrą drugą i… No właśnie. Jak prezentuje się trzecia?

Przede wszystkim, jest bezpośrednim następcą. Wydarzenia zaczynają się dosłownie kilka chwil po dwójce; kto grał, ten natychmiast przypomni sobie pożar prastarej, przeklętej rezydencji. W roli pierwszoplanowej ponownie występuje Darren Michaels, student fizyki. Prolog gry to istny Hitchcoock - trzęsienie ziemi, by później wprowadzić jeszcze ciekawsze wątki. Głównym podejrzanym nie tylko podpalenia, ale i morderstwa staje się nie kto inny, jak protagonista. Problemy z prawem to jednak mała rzecz w porównaniu z prastarą klątwą, ścigającą ród Gordonów…

Na pewno warto podkreślić powrót do korzeni. Dwójka zmieniła nieco konwencję opowieści na kryminalną, podczas gdy trójka znów przypomina mroczny horror, dokładnie tak samo jak część pierwsza. Ciężki, duszny klimat daje się we znaki praktycznie na każdym kroku. Cały czas mamy świadomość wiszącego nam nad karkiem niebezpieczeństwa. Świat prezentuje się ponuro i niezachęcająco, lokacje są ciemne, pozbawione światła słonecznego. Kapitalnym pomysłem było też pokazanie momentów, w których klątwa przejmuje władzę nad Darrenem; zmienia się jego głos, oczy przyjmują demoniczną barwę, w tle wygrywa nastrojowa muzyka. Atmosferę udało się zbudować w naprawdę mistrzowski sposób.

Chociaż większa część akcji odbywa się w dobrze nam znanych miejscach, raczej nie powinniśmy odczuwać wtórności. Racja, nikt by się nie obraził za troszkę więcej nowych interesujących lokacji, ale też nie ma co wybrzydzać - bagna, lasy i katakumby wyglądają co najmniej solidnie. Najważniejsze, że twórcy nie poszli na łatwiznę i nie zmienili raptem paru szczegółów, a solidnie przebudowali i dostosowali do klimatu te powierzchnie, jakie zwiedzaliśmy w poprzednich częściach. Generalnie, oprawa graficzna to spora zaleta gry; poprawiono modele postaci, ich sposób poruszania wygląda teraz dużo bardziej naturalnie. Krajobrazy, tła i scenerie prezentują się estetycznie i powinny ucieszyć oko najbardziej nawet wybrednych graczy (oczywiście po uwzględnieniu, iż to przygodówka, gdzie grafika nie stanowi kluczowego elementu).

Pod względem mechaniki nie zmieniło się wiele. Przyciskiem spacji podświetlamy wszystkie przedmioty, z którymi gracz może wejść w interakcję. Na początku gry nie wybieramy już poziomu trudności; podpowiedzi są automatycznie dodawane do naszego dziennika i wedle własnego uznania możemy z nich korzystać. Ponownie wykonano ukłon w stronę fanów Samuela Gordona i udostępniono nam opcję zmiany kursora na identyczny jak w Black Mirror I. Darren dalej nie opanował trudnej sztuki biegania, ale przynajmniej przyspiesza kroku oraz może przemieszczać się między lokacjami za pomocą dwukrotnego kliknięcia.

R E K L A M A

Fenomenalnym pomysłem są rozmowy z wróżką. Możemy do niej zadzwonić na początku każdego aktu, a kobieta mgliście i niejasno opowie nam o naszej przyszłości. Wśród przepowiedni znajdziemy oczywiście masę wskazówek, przede wszystkim o tym, gdzie może spotkać nas nagła, niespodziewana śmierć. Prócz tego, otrzymamy wskazówki, gdzie szukać tropów i poszlak w interesujących nas sprawach. Ton rozmów z wróżką jest niejednoznaczny, rwany; idealnie wpasowuje się w narrację opowieści. Wielki plus za kreatywne rozwiązanie.

Niestety, o ile tutaj kreatywność należy pochwalić, o tyle w innym wypadku trzeba zganić. Mowa oczywiście o "dodatkach" - twórcy w zamian za ponadprogramowe czynności nagradzali nas szkicami koncepcyjnymi i pozostałą dodatkową zawartością. W drugiej części musieliśmy fotografować co bardziej malownicze zakątki, aby taką nagrodę otrzymać. Tutaj - z niezrozumiałych dla mnie względów, gdyż Darren wciąż ma przy sobie aparat i chyba ot tak nie zrezygnował ze swojej pasji - zmieniono to na męczące i irytujące poszukiwanie konkretnych szczegółów w otoczeniu. Obszary te nie ujawniają się po przyciśnięciu spacji, a kursor nie zmienia barwy po najechaniu na nie, tak jak ma to miejsce w przypadku interaktywnych elementów. Zabawa bardzo nużąca.

Fatalnym pomysłem było również wprowadzenie drugiej, grywalnej bohaterki. Zjawia się ona nagle pod koniec gry i niczym prawdziwa deus ex machina ma nam pomóc rozwikłać zagadkę, z którą borykają się pokolenia rodu Gordonów. To postać całkowicie wyjęta z kapelusza. Co więcej, aby myśleć o ukończeniu gry, musimy z nią bezwzględnie współpracować w najważniejszych momentach. Bezpłciowa, nierealistyczna - ot urozmaicenie, które Żurawinki chciały wprowadzić graczom, a które chyba nie do końca przemyślano.

Zagadki można ocenić jako mieszczące się w normie przeciętnej przygodówki point-and-click. Nie za łatwe, nie za trudne, o przeróżnym stopniu trudności. Mamy więc tradycyjne układanki (które równie tradycyjnie można pominąć, jeżeli zaczęłyby nam sprawiać zbyt wiele trudności), wypraszanie osób z pomieszczeń za pomocą sprytu i przebiegłości, łączenie przedmiotów i wszystkie inne ograne elementy. Dodano kilka czasówek, ale mają one taki zapas trwania, że nikomu nie powinny sprawić trudności, a jeżeli tak - zawsze można skorzystać z wczytania gry. Z pewnością ponad średnią wybija się rekonstrukcja szkieletu przy samym finale. Osobiście do szewskiej pasji - szczególnie przez czasochłonność - doprowadzało mnie eksplorowanie labiryntu we dwoje. Twórcy przesadzili również w ostatnim rozdziale, gdzie natężenie zagadek na metr kwadratowy znacząco przekracza normę. I chociaż jest to fabularnie uzasadnione, nieco studzi zapał i osłabia satysfakcję z przedzierania się do upragnionego finału historii.

Jak to zwykle w "Black Mirror", nasz bohater może w dość nieprzyjemny sposób pożegnać się z tym światem. Tutaj przekopiowano pomysł z dwójki i przed każdą taką sytuacją gra wykona automatyczny zapis, abyśmy przypadkiem nie utracili postępu. Nawet cut-scenka jest identyczna, jak w poprzedniej części. Pewnym niedopatrzeniem jest fakt, że nawet kiedy zginie druga grywalna postać, i tak wyświetla się filmik, przygotowany dla Darrena, co wygląda lekko niepoważnie.

Dubbing stoi na dobrym, wysokim poziomie i trudno się do niego przyczepić. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o polonizacji, ale w przypadku gier spod znaku Black Mirror to także pewien niemiły standard. Chyba nie dopatrzyłem się aż takich byków jak w latach wcześniejszych, ale dalej znajdziemy dużo do poprawki. Takie są skutki tego, że tłumacze nie mają żadnego styku z grą i nie mogą nawet marzyć o wyłapaniu kontekstu jedynie z suchego tekstu.

Podsumowanie

Jak podsumować całą trylogię w jednym akapicie? Na pewno jest to seria, niepozbawiona wad i niedoróbek, ale mająca w sobie coś, co przyciąga przed ekrany od wielu lat. Tym czymś jest klimat, atmosfera i kreatywność konceptów - w większości bardzo udanych. Finał opowieści, do którego docieramy po kilkudziesięciogodzinnym trudzie satysfakcjonuje i rozwiewa wszelkie wątpliwości. Historia Darrena (vel Adriana) kończy się wraz z napisami końcowymi, ale po nich dostajemy nadzieję, że może kiedyś usłyszymy jeszcze o rodzie Gordonów. Czy warto spróbować i przekonać się na własnej skórze, jakie mogą być skutki pradawnej klątwy? Jak najbardziej!

Screens

kliknij aby powiększyć

black-mirror-3-okladka

"Black Mirror 3"

Recenzje

 

black mirror okladka black mirror 2 recenzja

 

Podsumowanie
Recenzja gry: "Black Mirror 3"
Plusy Nagroda
  • Fabuła i wątek główny
  • Klimat
  • Grafika
  • Otwarte zakończenie
hardware.info.pl poleca 5 gwiazdek ocena 8
Minusy
  • Mało interesujące granie drugą postacią
  • Kolejny raz: polonizacja
Ocena

"[...] Czy warto spróbować i przekonać się na własnej skórze, jakie mogą być skutki pradawnej klątwy? Jak najbardziej!"

 

Udostępnij

Wstecz